24 godziny w Seulu- co zobaczyć? (cz. I)

Tajfun Lan
Październik 23, 2017
24 godziny w Seulu- to dopiero wieczorem powiedziałam „wow!” (cz. II)
Listopad 11, 2017
Pokaż wszystkie

24 godziny w Seulu- co zobaczyć? (cz. I)

Mieliśmy spędzić 3 dni w Szanghaju. Mieliśmy.. no tak. Zamiast tego w ciągu 30 minut na lotnisku musieliśmy się szybko przeorganizować i polecieliśmy na 2,5 dnia do Seulu, stolicy Korei Południowej. Co zwiedzić w Seulu, gdy ma się na to w zasadzie jeden dzień? Co warto zobaczyć?

We wtorek popołudniu ruszyliśmy na lotnisko w Nagoi. Mając 3 dni wolnego postanowiliśmy wykorzystać je na wizytę w Szanghaju. Żadne z nas w Chinach jeszcze nie było, a Szanghaj znajduje się 2,5h lotu od Nagoi. W dodatku na zdjęciach wygląda obłędnie. Wszystko zaplanowane- zarezerwowany apartament zaraz obok Pearl Tower, wieczorna wycieczka statkiem po rzece Huangpu, kolacja na 58. piętrze w restauracji Flair, cały kolejny dzień zwiedzania, w perspektywie porobienie pięknych zdjęć, przygotowane screeny mapy w związku z tym, że Google Maps w Chinach nie działa- wszystko zapięte na ostatni guzik. Do momentu aż nie dowiedzieliśmy się przy odprawie, że do Chin to może i polecimy, ale palcem po mapie. Dlaczego? Bo nie mamy wizy. No i pierwsza myśl w głowie- jak to? Przecież sprawdzałam… od stycznia zeszłego roku 144 godziny bez wizy. Taką informację znalazłam na kilku portalach w tym na Onecie. I żeby nie było- nie czytałam tylko nagłówka, zresztą sami sprawdźcie.

http://podroze.onet.pl/aktualnosci/6-dni-bez-wizy-w-szanghaju-i-sasiednich-prowincjach/rrr3ye

Szkoda tylko, że autor nie zaznaczył, że dotyczy to TYLKO przelotów tranzytowych, a oczywiście Japonia-Szanghaj- Japonia tranzytem nie jest. Nauczka dla mnie na przyszłość i przestroga dla innych, by nie uczyli się na swoich błędach, a tym razem na moim 😉 Sprawdzanie informacji wizowych na portalach internetowych, w tym nawet na tak bardzo poczytalnych jak na przykład  Onet nie wystarcza. Może wręcz wprowadzić w błąd. Wejdźcie na stronę MSZ-u, sprawdźcie dokładnie jak to wygląda z wizami w miejscu, do którego się udajecie i nie narażajcie się na niepotrzebne koszty 😉

Gdy pierwszy szok minął zaczęliśmy sprawdzać inne dostępne tego dnia loty. Była godzina 16:30, a z Nagoi nie ma aż tylu lotów międzynarodowych, co na przykład z Tokio. Mieliśmy do wyboru 4,5 godzinny lot do Manili na Filipiny, na niecałe 24h lub 2 godzinny lot do Seulu na prawie 48 godzin. Wybór był dość prosty. Wsiedliśmy do samolotu o 18:10, wcześniej rezerwując szybko przez Booking hotel na lotnisku i po 2 godzinach byliśmy już w Seulu. Lotnisko Incheon, na którym wylądowaliśmy znajduje się o około godzinę drogi od centrum Seulu. Można się do niego dostać zarówno pociągiem (normalnym i ekspresem) jak i autobusami (normalne, luksusowe) oraz oczywiście taksówką. Do wielu hoteli kursują również tak zwane shuttle busy, zarówno tych w Seulu jak i w okolicy lotniska. Niestety od razu po przylocie nie byliśmy tego do końca świadomi. Także pierwszą noc spędziliśmy w hotelu przy lotnisku, zarezerwowaliśmy na spokojnie hotel na kolejną noc w Seulu i przygotowaliśmy wstępny plan kolejnego dnia.

Bilety na pociągi i metro w Seulu są w formie kart magnetycznych

W środę rano ruszyliśmy z hotelu o godzinie 10. Na spokojnie, po śniadaniu, nie chcieliśmy się na siłę gonić. Postanowiliśmy dojechać do centrum Seulu ekspresowy pociągiem, który zatrzymuje się dopiero na Seoul Station, skąd musieliśmy przejechać jeszcze metrem dosłownie jedną stację i byliśmy od razu pod naszym hotelem. Zatrzymaliśmy się w hotelu Plaza, dzięki czemu wszędzie mieliśmy bardzo blisko i mogliśmy poruszać się po mieście na nogach. Muszę tu wspomnieć o jednej rzeczy- już szukając hoteli dzień wcześniej zauważyłam, że Korea Południowa jest tańszym krajem do zwiedzania niż Japonia. Za hotel o podobnym standardzie w Tokio zapłacilibyśmy co najmniej 3 razy tyle. To samo tyczy się jedzenia, czy nawet przejazdów metrem. O taksówkach już nawet nie wspomnę!! Ale to kwestia bardziej tego, że taksówki w Japonii są po prostu kosmicznie drogie.

Złoty pomnik króla Sejong

Pierwszym punktem naszej wycieczki był pałac królewski Gyeongbokgung. Królewskich pałaców w Seulu jest co najmniej kilka, jednak ten jest podobno najbardziej okazały. Nie mając więc zbyt wiele czasu postanowiliśmy zobaczyć właśnie „Pałac Wielce Błogosławiony przez Niebiosa”. Idąc wzdłuż ulicy Sejong-daero doszliśmy do Placu Gyeongbokgung mijając po drodze dwa okazałe pomniki- króla Sejong oraz admirała Yi Sun-shin.

Już w połowie drogi zaczęłam zauważać różnego rodzaju transparenty dotyczące aktualnej sytuacji politycznej w kraju. Pierwszy, który był rozwieszony wspierał Donalda Trumpa, dziękując mu wręcz za to, co robi i prosząc by zbombardował Koreę Północą- dosłownie. Pomyślałam ok, dość radykalnie, ale pewnie oni boją się w tej sytuacji najbardziej. Przeszliśmy jednak kilkanaście metrów dalej i pojawiły się kolejne transparenty, tym razem w zupełnie odmiennym klimacie od tego pierwszego. Pojawił się nawet taki, na którym Trump przedstawiony był jako Hitler. Pomiędzy nimi poustawiane były jeszcze inne, nawiązujące do afery, która miała miejsce kilka miesięcy temu i dotyczyła ówczesnej Prezydent Korei Południowej Park Geun-hye. Oskarżono ją o korupcję i bycie marionetką swojej asystentki po czym zawieszono w wykonywaniu obowiązków i pozbawiono urzędu na drodze impeachmentu. Zdaniem ludzi niesłusznie, tylko po to by zmienić głowę państwa.

Na Placu Gwanghwamun, będącym strefą kulturalną w Seulu, odbywały się akurat próby do jakiegoś koncertu, który miał mieć miejsce wieczorem. Zespoły występujące na scenie były chyba dość znane w Korei, bo wokół barierek zbierały się całkiem spore grupy gapiów chcących posłuchać prób grup muzycznych. Pomimo tego, że nie zrozumiałam pół słowa, to muzyka nawet wpadała w ucho 😀

Brama Gwanghwamun

Z placu przeszliśmy pasami na drugą stronę ulicy i byliśmy już pod Bramą Gwanghwamun, będącą wejściem na jak się później okazało, niewyobrażalnie wielki teren pałacu.Na samym początku trafiliśmy na zmianę warty królewskich strażników, która odbywała się jeszcze przed terenem pałacu. Główną bramę Gwanghwamun wzniesiono wraz z pałacem w 1935 roku. Już 250 lat później został on zniszczony i pozostawiony w gruzach po japońskiej inwazji. Odbudowano go  dopiero w 1867 roku. Na powierzchni 432,703 km2 wzniesiono 330 budynków.

Brama stała tylko do 1926 roku, kiedy to japoński rząd postanowił ją zdekonstruować i przenieść, aby zrobić miejsce dla siedziby generalnego gubernatora Japonii. Wojna Koreańska całkowicie zniszczyła drewnianą strukturę Gwanghwamun, a kamienna podstawa bramy leżała w kompletnej rozsypce. W 1963 roku, podczas gdy panował Park Chung-hee, brama ponownie została przeniesiona przed budynek administracyjny. Zniszczona drewniana konstrukcja została odbudowana przy pomocy cementu. Brama ta uznawana jest za symbol cierpień narodu koreańskiego. W 2006 roku poddano ją gruntownej renowacji w ramach projektu wspieranego przez książęcą fundację charytatywną. Obecnie istnieje około 40% pierwotnych zabudowań kompleksu.W ramach ciekawostki- jeszcze 21 lat temu w miejscu pustego placu stał wielki japoński budynek rządowy.

http://www.panoramio.com/

Wstęp na teren kompleksu pałacowego jest płatny i kosztuje 3000 wonów od osoby dorosłej. Opisywanie każdego budynku z osobna mija się moim zdaniem z celem. Jest ich tam mnóstwo, a najważniejsze z ich to Pałac Królowej, Pałac Króla, Sala Tronowa, Królewska Sala bankietowa, czy Geoncheonggung, czyli prywatna rezydencja królewska.

Dla mnie najbardziej urokliwym miejscem okazała się Gyeonghoeru, czyli sala bankietowa, wybudowana na  sztucznie utworzonej wyspie, do której prowadzą 3 mosty. Naprawdę jestem sobie w stanie wyobrazić te wszystkie wspaniałe przyjęcia odbywające się w tej cudownej scenerii…

 

Sala bankietowa Gyeonghoeru

W związku z tym, że mamy już listopad to na terenie większości kompleksu, zwłaszcza w tej mniej oficjalnej części, mogliśmy podziwiać piękne kolorowe drzewa, które tylko nadawały całemu otaczającemu nas obrazkowi dodatkowych walorów piękna.

Ogromnie podobały mi się również kolorowe zdobienia, czy to na drewnianych dachach, czy na suficie w sali tronowej- no po prostu piękne! Wrażenie robił też na pewno przeogromny plac znajdujący się zaraz za główną bramą wejściową.

Jedną z dodatkowych atrakcji dla turystów odwiedzjących Pałac Gyeongbokgung jest możliwość wypożyczenia tradycyjnych koreańskich strojów, w których można przechadzać się po całym terenie i pozować do zdjęć. Mogę powiedzieć, że zdecydowanie ponad połowa otaczających nas turystów skorzystała z tej możliwości. Kilka wypożyczalni można znaleźć między innymi na rogu ulic Sajik-ro i Samcheong- ro znajdujących się bezpośrednio przy murach pałacu. Przebrane kobiety miały dodatkowo wykonane makijaże i piękne fryzury, niektóre nawet z dość ostentacyjnie doczepionymi włosami 😛 ale wyglądały ładnie 😊 gdy tylko nie wystawały spod długich sukien adidasy czy inne New Balance’y 😛

 

 

 

 

 

 

Z Gyeongbokgung przeszliśmy bezpośrednio na ulicę Insa-dong. Okolica ta uznawana jest za stare miasto w Seulu. Wzdłuż głównej drogi znajdują się tradycyjne sklepiki, restauracje, herbaciarnie, a w całej okolicy można znaleźć około 100 galerii, w których podziwiać można przykład tradycyjnej koreańskiej sztuki od obrazów po rzeźby. Najbardziej znane galerie to Galeria Hakgojae, Gana Art Gallery, która promuje wielu obiecujących artystów oraz Gana Art Center.

Ze względu na ograniczony czas przeszliśmy się tylko wzdłuż ulicy, kupując po drodze jakieś pamiątki i kosztując koreańskiego przysmaku Kkul-tarae, nazywanego również „królewskim cukierkiem”. Zrobiony jest on ze sfermentowanego miodu, który jest ugniatany, rozciągany, skręcany, znowu rozciągany, tworząc piękną białą sieć, w którą wkłada się nadzienie, tradycyjnie z fistaszków, ale to już zależy od tego kto co lubi. Generalnie zauważyłam, że fistaszki są jakimś głównym przysmakiem w Seulu, gdyż wszędzie na ulicach można było spotkać handlarzy sprzedających fistaszki w cieście, fistaszki w miodzie, fistaszki sauté, fistaszki prażone- w każdej możliwej formie 😉 Na filmiku możecie zobaczyć jak ciekawy jest proces robienia Kkul-tarae i jak pięknie wyglądają włókna miodu 😊 wszystko zaprezentował nam bardzo rozśpiewany koreański sprzedawca, który jak usłyszał, ze jesteśmy z Polski to od razu głośno krzyknął „Lewandowski!!” 😁

Kolejną dzielnicą do której przeszliśmy była Myeong-dong- główna dzielnica handlowa w stolicy Korei Południowej. Znajdują się w niej zarówno niedrogie sklepy detaliczne i międzynarodowe marki, w tym Lacoste, Polo Ralph Lauren, Forever 21, jak i marki premium takie jak Bulgari,  Louis Vuitton, Burberry i wiele, wiele innych. Turyści znajdą tam również sklepy z koreańskimi kosmetykami. Dzialnica ta jest szczególnie popularna wśród młodych ludzi i turystów. My zaliczyliśmy tylko krótkie zakupy w centrum handlowym Lotte, po czym udaliśmy się do hotelu, by szybko przebrać się w jakieś cieplejsze ciuchy, gdyż zaczynało się robić chłodniej i ruszyliśmy dalej… o czym przeczytacie w kolejnym wpisie 😉 Mogę Wam tylko zdradzić, że to dopiero wieczorem Seul zrobił na mnie ogromne wrażenie!

10 Komentarze

  1. MAGDA napisał(a):

    Gratuluję zimnej krwi Dobrze, że udał się wyjazd pomimo przygód wizowych. Ciekawy opis, można że spokojem wykorzystać dla siebie.

  2. Ewa napisał(a):

    Seul czy w ogóle Korea Południowa są wysoko na mojej liście miejsc do odwiedzenia. Dzięki za inspirację!

  3. traveLover napisał(a):

    Korea, w tym Seul to dla mnie miejsca zgadki, które mam nadzieję jak najszybciej rozwiązać 🙂 Fajny wpis 🙂

  4. Martyna napisał(a):

    Cudowna przygoda, pomimo przeszkód!

    • Natalia napisał(a):

      A to jeszcze nie koniec przygody 😉 najlepsze miejsca przed Wami 🙂 zapraszam w najbliższym czasie na ciąg dalszy!

  5. Agnieszka Trolese napisał(a):

    Niezła przygoda. Gratuluję determinacji! A sam Seul też mi się marzy i miło było zwiedzić go – wirtualnie – z Tobą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *