Jak wyglądać 15 lat młodziej? Sekrety pielęgnacji japońskich kobiet
Lipiec 29, 2017
DLoFre’s- jak zrobić coś z niczego?
Wrzesień 9, 2017
Pokaż wszystkie

Dzień w Jokohamie

Każdy z nas ma chyba takie swoje miejsca na ziemi, w których czuje się jak u siebie. Nie jest to dom. Chodzi o miejsce poza domem, w którym i tak czujemy się po prostu dobrze i swobodnie. Gdzie przyjeżdżając już któryś raz z kolei znamy każdy zakamarek, wiemy gdzie zjeść, gdzie spędzić wolne popołudnie, gdzie wyjść wieczorem w zależności od humoru i planów, a jednak wciąż tam przyjeżdżamy, bo się to nie nudzi. Dla mnie na przykład takim miejscem od zawsze był Ustroń. Może dlatego, że jeździłam tam z Rodzicami i Dziadkami od najmłodszych lat po kilka razy w roku, może dlatego, że jest stosunkowo niedaleko domu, a może dlatego, że później gdy tylko było więcej wolnego lub jeszcze jako nastolatki planowałyśmy jakieś tygodniowe wakacje, to Ustroń za każdym razem był jedną z opcji- w dodatku bardzo często wybieraną 😉 Jest też jednak druga kategoria tych „naszych miejsc na ziemi”, czyli tych, do których przyjeżdżając po raz pierwszy w życiu już czujemy się jak u siebie i mamy wrażenie, że nie jest to pierwsza wizyta i czujemy, że moglibyśmy zostać tam na dłużej. Niespodziewanie tym drugim miejscem okazała się dla mnie Jokohama. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Dlaczego to prawie 4 milionowe miasto tak mnie złapało za serce? Może dlatego, że ze wszystkich odwiedzonych do tej pory miast w Japonii jest dla mnie takie najbardziej swoje, „europejskie”?  Że na pierwszy rzut oka wydaje się jakby było w nim trochę więcej przestrzeni niż wszędzie indziej, może dlatego, że jest miastem portowym z pięknym wybrzeżem? Z ręką na sercu- nie wiem, ale ma w sobie coś takiego, że gdy Krzysiek ma dzień czy dwa wolnego, zazwyczaj moją pierwszą myślą nie jest wypad do Tokio, czy Kioto, a to, że można skoczyć do Jokohamy 😉

Jakiś czas temu byłam tam po raz drugi. Pierwszy raz wybrałam się do Jokohamy dopiero w kwietniu tego roku (dlaczego tak późno?!), a relację z tej wycieczki mogliście zobaczyć na moim kanale na You Tube

Tym razem znów wyjazd ten połączyliśmy z meczem, jednak nie był on głównym punktem programu 😉 Celem całej tej wycieczki miała być właściwie Kamakura, miasto leżące niedaleko Jokohamy, nazywane przez miejscowych „małym Kioto”. Finalnie w ogóle tam jednak nie trafiliśmy, ale zacznę od początku.

Zaraz po meczu z Shonan, około godziny 22 wsiedliśmy do pociągu na stacji w mieście Hiratsuka i ruszyliśmy do Jokohamy. Przejazd ten zajął nam około 30 minut na główną stację w Jokohamie, a stamtąd jakieś kolejne 3 minuty pociągiem do dzielnicy Minato Mirai, gdzie zarezerwowałam wcześniej hotel. Tym razem wybór padł na hotel Intercontinental, który znajduje się zaraz przy brzegu portu, ma kształt żagla i  jest jednym z bardziej charakterystycznych budynków w Jokohamie.

hotel

Już od dłuższego czasu marzyło mi się odwiedzenie właśnie tego hotelu, w którym można wybrać pokoje z widokiem na port lub na miasto. Tym razem trafił nam się widok na port. Jeżeli tylko mielibyście w budżecie wycieczki lekki zapas i miejsce na małe szaleństwo to chociaż jedna noc na 29 piętrze w tym hotelu warta jest swojej ceny, a widok z ogromnego okna zarówno rano jak i w nocy jest po prostu cudowny.

No chyba, że ktoś ma lęk wysokości 😉 Ja akurat pół nocy nie przespałam, bo z jakiegoś powodu ubzdurałam sobie, że jakby akurat wydarzyło się jakieś trzęsienie ziemi, to jesteśmy w co najmniej średnim miejscu, żeby je przetrwać i co chwilę miałam wrażenie, że budynek się rusza, ale to tylko moje głupie urojenia 😉 Śniadanie w restauracji z tarasem i widokiem na port również mieli bardzo dobre, a kawka w pokoju przy tym pięknym widoku rekompensowała wszystko 😊

Gdy już mieliśmy się zbierać do Kamakury okazało się, że ktoś zapomniał mi wspomnieć o tym, że wielki, wykonany z brązu Budda jest akurat schowany pod dachem, bo prowadzone są tam jakieś prace remontowe, w związku z czym planowana wycieczka do Kamakury okazała by się całkiem bezsensowna, gdyż to właśnie z powodu tego posągu chciałam tam pojechać. Po szybkim przeanalizowaniu opcji zostaliśmy więc jednak w Jokohamie i po prostu ruszyliśmy przed siebie. Minato Mirai 21, dzielnica w której się znajdowaliśmy, to nadmorski obszar w Jokohamie, którego nazwa oznacza „port przyszłości”. Do lat ’80 miejsce to było ogromną stocznią, później jednak deweloper zaczął je przekształcać w nowe centrum miasta.  W związku z tym, że bardzo mocno wiało to Cosmo World, wesołe miasteczko znajdujące się dosłownie obok hotelu było zamknięte. Po drodze do portu i Red Brick Warehouse znajduje się jednak muzeum „Cup Noodles”, do którego podczas pierwszej wizyty w Jokohamie nie weszłam. Czym są Cup Noodles? Na pewno większość z Was widziała w sklepach bądź na filmach gotowy makaron, który po zalaniu gorącą wodą w kilkadziesiąt sekund robi się gotowym daniem. Coś w stylu naszych „chińskich zupek” 😉 A przynajmniej u mnie się na to tak mówiło. Tak naprawdę jest to makaron ramen, a akurat ta marka nie jest chińska, a japońska 😛

IMG_8119

Już na samym wejściu wielkie wrażenie zrobił na mnie ogromny, jasny hol z wielkimi schodami prowadzącymi do wejścia do muzeum. Za wstęp dorośli muszą zapłacić po 500 jenów, za dodatkową atrakcję w postaci stworzenia własnego kubka z ramenem kolejne 500 jenów, po 300 za każdy dodatkowy kubeczek i 500 jenów za udział w lekcji przygotowywania makaronu. Dodatkowo można jeszcze wypożyczyć słuchawki z angielskim przewodnikiem, co po czasie okazało się nienajgorszym pomysłem, bo jednak większość wystaw opisana była w japońskich znaczkach. Całe muzeum jest dodatkowo interaktywne i podzielone na kilka części.

DSC02973

W pierwszej sali można było poznać i zobaczyć historyczne opakowania makaronu instant, następnie poznaliśmy biografię twórcy Cup Noodles, pana Momofuku Ando, oraz to w jaki sposób wpadł na pomysł stworzenia takiego właśnie szybkiego dania oraz cały proces jego twórczego myślenia.

Na piętrach powyżej głównej sali znajdują się budki z ramenem, w których można skosztować różnych smaków tego właśnie makaronu, fabryka, w której można od podstaw stworzyć i ozdobić swój własny Cup Noodles, fabryka w której robi się nawet własny makaron oraz plac zabaw dla dzieci, które wspinają się trzymając lin imitujących makaron i przechodzą tak jakby przez fabrykę ramenu😉 Na dole oczywiście sklepik z różnego rodzaju pamiątkami. Generalnie bardzo fajne miejsce, inne niż wszystkie- warto odwiedzić i się trochę pobawić 😊

Po wyjściu z Muzeum poszliśmy dalej pieszo w kierunku portu. Przycumowany w nim był akurat ogromny, 290 metrowy, ekskluzywny wycieczkowiec Diamond Princess. Został on zbudowany w Japonii, posiada 13 pokładów pasażerskich, ponad 700 balkonów, 4 baseny, kino, kasyno, spa, restauracje, bibliotekę, kaplicę ślubną, dyskotekę i wiele wiele innych. Jest to jedno z tak zwanych „pływających miast” 😉 Gdybyście byli zainteresowani zdjęciami ze środka i proponowanymi trasami link TUTAJ.

Ostatecznie nie doszliśmy jednak do samego portu, gdyż było tak gorąco, że z trudem dało się to wytrzymać na betonowym, otwartym placu. Doszliśmy więc do Red Brick Warehouse, kompleksu budynków, które kiedyś służyły jako magazyny celne w porcie w Jokohamie. Dziś podzielony na dwa budynki, w jednym z nich mieści restauracje, ponad 40 klimatycznych sklepików i salę bankietową, a w drugim odbywają się wystawy artystyczne, festiwale filmowe, czy konkursy muzyczne.

Sami weszliśmy do jednej z kawiarni, gdzie główną atrakcją była dla nas przede wszystkim klimatyzacja 😉 a tak poważnie, to bardzo przyjemne, klimatyczne miejsce. Po wypiciu kawy i szybkim przejściu po sklepach byliśmy umówieni z menadżerem Krzyśka na lunch, który odebrał nas z Minato Miari i pojechaliśmy razem do znajdującego się zaledwie 2 km od futurystycznej dzielnicy Jokohamy, największego w całej Japonii China Town.

Nagle krajobraz zupełnie się zmienił. Nowoczesność, rozrywkowy charakter miejsca, sterylna czystość i przestrzeń zmieniły się w wąskie, kolorowe uliczki, chińskie sklepiki i restauracje oraz niestety sporo śmieci na ulicach. Ta chińska dzielnica w Jokohamie bardzo szybko się rozwinęła po tym, jak w 1859 roku  miejscowy port został otwarty na handel zagraniczny, jako jeden z pierwszych w całej Japonii. Stał się siedzibą i miejscem zamieszkania dla wielu chińskich przedsiębiorców. Dziś jest to jednak bardziej miejsce prowadzenia przez chińczyków interesów niż faktycznie ich miejsce zamieszkania. Trzeba jednak przyznać, że na ulicach spotkać można było głównie turystów i właśnie imigrantów z Chin.

Głównymi atrakcjami w China Town są 4 bramy na wejściach do tego „miasta w mieście”, oraz kuchnia oferowana w restauracjach i na stoiskach z żywnością. Mogliśmy spróbować chińskich pierożków i wiszących w witrynach pekińskich kaczek.

Na ulicach porozwieszane były również oczywiście czerwone lampiony, co po zmroku robi na pewno jeszcze większe wrażenie. Jednak tak jak wspomniałam, to co najbardziej jakoś przykuło moją uwagę to fakt, że w bardzo czystej wręcz właśnie sterylnej Japonii nagle weszliśmy do klaustrofobicznej, dość brudnej dzielnicy. Turystycznie atrakcyjne, warto zobaczyć, ale tak na godzinkę, maksymalnie dwie z wliczonym w to posiłkiem 😉

Po wyjściu z China Town wybraliśmy się jeszcze na koniec do Landmark Tower, budynku, który do 2014 roku był najwyższym w Japonii. Mierzący 296,3 metra posiada 70 kondygnacji, a na 69 piętrze znajduje się obserwatorium i restauracja. Obeszliśmy całe piętro podziwiając z góry Jokohamę, jednak na kawę zjechaliśmy kilkadziesiąt pięter niżej :p

Tak jak pisałam na początku, nie wiem dlaczego, ale w Jokohamie czuję się naprawdę dobrze. Byłam tam już dwa razy, a w dalszym ciągu sporo jeszcze zostało mi do zobaczenia. Nie jest to jednak takie typowo turystyczne zwiedzanie-  pobudka o 7 rano i bieganie od jednej świątyni do drugiej, tylko bardziej kawka w jednej kawiarni, lunch w drugiej, ładna sceneria wokół, sklepy, muzea, park rozrywki 😊 Czyli forma spędzania czasu, która mi chyba najbardziej odpowiada 😛

IMG_8120

 


Jeżeli podobał Wam się wpis zachęcam do klikania serduszka w lewym górnym rogu oraz komentowania 🙂

3 Komentarze

  1. MAGDA napisał(a):

    Kolejny ciekawy wpis Zainteresowałaś mnie szczególnie muzeum „Cup Noodles”. Jasny i wielki hol…ta architektura na pewno by mi przypadła do gustu. Po chińskiej dzielnicy też bym poszwędała się

  2. Asia napisał(a):

    A mnie Jokohama aż tak nie zachwyciła. Widziałam i robiłam tak kilka ciekawych rzeczy, ale w innych japońskich miastach podobało mi się bardziej. Ale jestem zdecydowaną fanka Kiusiu i może to dlatego… 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *