Niesamowite przeżycie, czyli japoński festiwal zwany Matsuri

Kotlety schabowe po japońsku
Wrzesień 26, 2015
(nie)Taka szara codzienność- część I
Październik 12, 2015
Pokaż wszystkie

Niesamowite przeżycie, czyli japoński festiwal zwany Matsuri

Od kilku dni zabierałam się do przelania na papier (a w sumie to w dzisiejszych czasach do Worda) wpisu na temat dzielnicy Iwaty- Mitsuke i znajdującej się w niej jednej z pierwszych japońskich szkół podstawowych. Jednak to, co zobaczyłam wczoraj na ulicach, podczas jednego z festiwali nie mogło czekać.

Wszystko zaczęło się już tak naprawdę tydzień temu, kiedy to w niedzielę wieczorem wyciągnęły mnie z domu na spacer dźwięki grających na bębnach sąsiadów. Filmik wrzucałam na Facebook’a z dopiskiem o atrakcjach pod domem, ale okazało się, że nie był to jednorazowy występ, a miejscowi grali na bębnach codziennie po zmroku. Zaczynali mniej więcej około 19 i grali aż do 22. Nie zawsze w tym samym miejscu i w różnych kolorach tych swoich świątecznych wdzianek. Już w okolicach czwartku chcieliśmy pytać George’a o co chodzi, ale jakoś nam to uciekło i dopiero jak w piątek Krzysiek jadąc na trening spotkał po drodze jakiś dziwny wóz to najpierw zadzwonił mnie obudzić, żebym też to zobaczyła, a później zapytał swojego japońskiego tłumacza, czy zaczyna się może jakieś święto. George wytłumaczył mu tylko, że są to religijne obchody, czegoś, co ciężko mu wytłumaczyć, że piątek jest taka „wigilią”, a w sobotę będzie główne wydarzenie. Wiedząc tylko tyle przez cały dzień obserwowałam Japończyków ciągnących w kółko po ulicach drewniane wozy, na których znajdowali się ludzie grający na bębnach, fletach i poubieranych w odświętne stroje. Jedyne co udało mi się zaobserwować, to że przy dwóch różnych wozach, które jeździły po Iwacie w piątek, krążyły osoby ubrane w jeden z dwóch kolorów- niebieski albo zielony. Gdy wieczorem poszliśmy na spacer, zobaczyć, co się dzieje w okolicy pojawił się trzeci wóz, z osobami ubranymi na szaro.

Doszliśmy do świątyni Fu Hachiman- gu znajdującej się przy urzędzie miasta (pisałam o niej w jednym z pierwszych postów), która cała ozdobiona była pięknymi, świecącymi się lampionami. Wokół widać było, że trwały przygotowania do głównego dnia obchodów i tylko pojedyncze osoby przychodziły wrzucić pieniążek, zadzwonić wiszącym dzwonkiem, klasnąć dwa razy i ukłonić się, co według tutejszych wierzeń ma przynieść spełnienie pomyślanych próśb. Po drodze mijaliśmy, jak to nazwaliśmy „bazy”, w których siedzieli i świętowali mieszkańcy Iwaty. Co jakiś czas przystawały przy nich ciągnięte wozy wydaje mi się, że głównie po to, żeby świętujący mogli napić się piwa i sake. Nawet jak mijaliśmy po drodze krążące ekipy, to osoby kierujące ruchem, albo ciągnące wóz w jednej ręce trzymały np. lampion, a w drugiej puszkę z piwem. W ciągu dnia w tych różnych „bazach” świętujący też spożywali głównie alkohol… Generalnie, jak komuś się wydaje, że Polacy dużo piją, to nie byli jeszcze w Japonii… Taka tam moja mała obserwacja.

Budząc się wczoraj rano nie spodziewałam się, że odpowiedź na pytanie „o co w tym wszystkim chodzi?” znajdę na siłowni.  W dodatku udzieli mi jej bardzo kontaktowy Włoch, który jak opowiadał mieszka w Japonii już od wielu wielu lat.  Powiedział mi, że te lokalne festiwale w Japonii nazywane są matsuri, a ten, który odbywa się dzisiaj zorganizowany jest by podziękować za ryż, który urósł przez cały rok. Czyli po mojemu? Takie dożynki tylko, że z trochę większą pompą 😉 Popołudniu przyjechała do Iwaty żona Radka, Małgosia i po 18 zeszliśmy na dół na Jubilo Road żeby zobaczyć jak to wszystko wygląda. Drewniane wozy nazywają się dashi i sponsorowane są przez lokalne społeczności bądź grupy sąsiadów. Z dwóch jeżdżących w piątek po ulicach Iwaty  nagle zrobiło się  z 10 jak nie więcej. Wszystkie oświetlone lampionami, z pięknymi wyrzeźbionymi w drewnie zdobieniami, na górze większości z nich ustawione były manekiny przedstawiające japońską parę bohaterów w kimono, z przodu siedziała osoba w masce wykonująca jakiś taniec, a w środku wozu grający na bębnach i fletach świętujący mieszkańcy.

Tym razem wozy nie jeździły już każdy swoją trasą, tylko jeden za drugim ciągnięte były w swego rodzaju procesji. Na ulicy było mnóstwo ludzi, naprawdę mnóstwo, większość ubrana w te odświętne jakby kamizelki przewiązane  pasem, a wokół dziesiątki straganów z japońskimi specjałami. Wśród nich pieczone jabłka, banany w polewach czekoladowych, ogromne kalmary na patyku, czy takoyaki, czyli japońska przekąska w kształcie kulki zrobiona z ciasta na bazie mąki pszennej, wypełniona ośmiornicą, skrawkami tempury, marynowanym imbirem i szczypiorkiem. Wszystko przygotowywane na specjalnej patelni Takoyaki (poniżej na jednym z filmików widać, jak jeden ze sprzedających przygotowuje te kulki pałeczkami robiąc to niezwykle szybko i sprawnie).

Poza wieloma przysmakami na straganach przygotowane były też różnego rodzaju gry, w tym jedna, która mnie osobiście najbardziej zaskoczyła- Goldfish scooping. Polega ona na wyławianiu z wody specjalną papierową szufelką (poi) złotych rybek i wkładaniu ich do miski. Grają w to zarówno dzieci jak i dorośli. Wymaga ostrożności, sprawności i szybkości przede wszystkim dlatego, że papierowe poi bardzo szybko może się rozedrzeć gdy w nieodpowiedni sposób ruszymy nim w wodzie próbując dogonić jedną z rybek. Te wyłowione w ramach nagrody można zabrać ze sobą do domu. Pierwszy raz ta zabawa pojawiła się w Japonii w okresie Edo około 1810 roku. Wtedy była to wyłącznie zabawa dzieci, a poi zrobione było jeszcze z siatki. Dopiero 100 lat później szufelka zmieniła się na papierową. Od 1995 roku w Japonii rozgrywane są nawet Narodowe Mistrzostwa w Goldfish Scooping.

Matsuri, czyli japońskich lokalnych festiwali są niezliczone ilości. Zwykle fundowane są przez jedną ze znajdujących się w mieście świątyń. Nie ma konkretnych dat obchodzenia danego święta w całej Japonii, a nawet w danym obszarze. Dwa tygodnie temu też byliśmy na jednym z nich odbywającym się właśnie we wspominanej na początku dzielnicy Mitsuke, ale o nim to przy okazji kolejnego wpisu. Na koniec muszę przyznać, że jeżdżące i hałasujące dashi w piątek były dla mnie super ciekawostką, nagrywałam filmiki i rozsyłałam znajomym, wczoraj rano zaczęły być lekko denerwujące, ale wieczorem znowu robiły niesamowite wrażenie. Za to dzisiaj rano, jak znowu około 8 rano zaczęli je ciągnąć po ulicach i siedząc teraz w salonie i pisząc przy otwartym balkonie słyszę cały czas tą muzykę to naprawdę chciałabym to już wyłączyć… 😛  Na szczęście zaraz się z Małgosią zbieramy i ruszamy na Yamaha Stadium, bo o 16 mecz z liderem- trzymajcie kciuki i zapraszam do oglądania poniżej zdjęć! 🙂


Jeżeli podobał Wam się wpis zachęcam do klikania serduszka w lewym górnym rogu oraz komentowania 🙂

 

 

 

 

 

 

1 Komentarz

  1. What’s up, after reading this awesome post i am also cheerful to share my familiarity here with mates.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *