Na wyjazd z prędkością 400km/h- Kyoto Sanga vs. Jubilo Iwata
Marzec 15, 2015
Gion- dzielnica gejszy i kwintesencja Japonii!
Marzec 21, 2015
Pokaż wszystkie

Będę bogata!

Weekend w Kioto zaczęłam od wizyty w centrum informacji turystycznej, o której wspominałam we wcześniejszym wpisie- wspaniała sprawa dla osób, które kompletnie nie mają pojęcia co ze sobą zrobić w obcym mieście. Pierwszym punktem, który zaznaczył mi na mapie starszy, dobrze mówiący po angielsku Pan była świątynia Fushimi Inari Taisha– nr 1 na liście najbardziej atrakcyjnych miejsc turystycznych w Kioto według osób korzystających z Trip Advisor’a. Na szczęście poza tym, że pokazał mi co mam zobaczyć dał mi też mapkę z rozpisanymi liniami autobusowymi, pociągami i metrem. Strzałkami pozaznaczał w którą stronę mam jechać i do jakich autobusów/pociągów wsiadać. Wydawać by się mogło, że miałam więc wszystko podane na tacy, jednak znalezienie odpowiedniego peronu na  15 piętrowym dworcu z 12 peronami, 23 krawędziami peronowymi i kilkoma galeriami handlowymi nie było takie proste. Trochę błądząc trafiłam jednak w piękna miejsce… oh jakie piękne dla oczu kobiety…. Gucci, Dolce& Gabbana,  Fendi, Celine, Dior i mnóstwo innych- aż nie mogłam się nacieszyć! Musiałam się jednak powstrzymać od wykupienia wszystkich rzeczy z półek i poszukać właściwego pociągu. Podchodząc do budki żeby kupić bilet (koszt to 190 jenów), pokazałam gdzie chcę jechać i jednocześnie poprosiłam o informację,  z którego peronu mój pociąg będzie odjeżdżał. Gdy już siedziałam i czekałam aż ruszy zorientowałam się, że na mapce stacje są dość zawile narysowane i nie bardzo wiedziałam na której z kolei stacji mam wysiąść. Zagadałam więc mężczyznę, który siedział obok mnie, a ten z uśmiechem na twarzy zaczął mi wszystko tłumaczyć, potem wstał, poszedł na wszelki wypadek jeszcze raz wszystko przeliczyć na tablicy z rozpisanymi krzaczkami stacjami, a na koniec pokazał mi jeszcze, że to moja stacja, jak dojeżdżaliśmy.

Gdy wysiadłam z pociągu od razu naprzeciwko stacji kolejowej było wejście do świątyni. I pierwsza nowość- mnóstwo, ale to naprawdę MNÓSTWO ludzi. Do tej pory większość miejsc, które odwiedzałam było raczej pustych, bądź znajdowało się w nich kilka innych osób, tym razem otaczały mnie całe gromady turystów z różnych stron świata.

Fushimi Inari Taisha to najważniejsza ze świątyń dedykowanych kami Inari (czym jest kami wspominałam we wpisie o buddyzmie i sintoizmie), będącego patronem ryżu, sake, bogactwa i udanych interesów. Posłańcami tego bóstwa są lisy, dzięki czemu można było spotkać setki ich posążków na terenie całego obiektu, głównie parami przed każdym z pomniejszych ołtarzy. Lisy bóstwa Inari są przyjazne, lecz inne lisy są niebezpieczne i zaklinają ludzi, czasami nawet przybierając postać pięknej kobiety. Świątynia ma pochodzenie starożytne, jeszcze sprzed przenosin stolicy do Kioto w 794roku. Ulokowana jest na górze, która również nazywa się Inari i sięga 233 metrów nad poziomem morza. Znana jest przede wszystkim ze swoich szlaków górskich, które trzeba pokonać aby wejść na szczyt, a oba z nich otoczone są torii, czyli pomarańczowymi bramami ufundowanymi przez osoby fizyczne bądź firmy, a ich nazwy znajdują się na odwrocie każdej z nich.

Koszt małej bramy zaczyna się od około 400 000 jenów, a za dużą musimy zapłacić nawet ponad 1 000 000 jenów. Bramy wzdłuż szlaków tworzą coś w rodzaju tunelów prowadzących na sam szczyt góry. Poza robiącymi niezwykłe wrażenie szlakami turystycznymi świątynia składa się również z Romon Gate, czyli bramy wejściowej ufundowanej w 1589 roku przez Toyotomi Hideyoshi. Za nią znajduje się główny budynek zwany Hoden oraz mnóstwo dodatkowych małych budyneczków i ołtarzy. Przed Hoden zwiedzający najpierw musieli obmyć w specjalnym miejscu ręce i usta, żeby następnie wrzucić monetę za kraty i pociągnąć za pasy materiału dzięki czemu dzwonił zawieszony u góry duży dzwonek.

Nieświadoma tego, co mnie czeka zaczęłam wspinaczkę na szczyt góry. Po 15 minutach wchodzenia po schodach znalazłam się przy pięknym stawie z pływającymi w nim ogromnymi rybami i otoczonym setkami drzew. Myślałam, że to właśnie miał być mój punkt docelowy. Bardziej nie mogłam się mylić. Na ustawionej obok mapie punkcik pokazujący moje aktualne położenie wskazywał na sam początek szlaku, a ja już przecież tyle przeszłam. Większość ludzi szła jednak dalej, więc poszłam za nimi. Okazało się, że szlak na samą górę ma 4 km, a droga tam i z powrotem zajmuje mniej więcej 2-2,5 godziny. Pod koniec wchodziłam już prawie sama, gdyż większość ludzi rezygnowała z dalszej podróży, gdy dotarła do rozdroża zwanego Yotsutsuji z pięknym punktem widokowym na całe Kioto. Po chwili namysłu doszłam do wniosku, że jak zaszłam już tak daleko, to wejdę też na sam szczyt, bo przecież musi się tam znajdować coś niesamowitego. Niestety trochę się myliłam. Na samej górze znajdowała się tylko kolejna świątynia, z kolejnymi lisami i sklepikiem. Jednak satysfakcja, że doszłam na sam szczyt pozostała. Schodząc na dół i nie wiedząc jeszcze co oznaczają napisy na tyłach torii stwierdziłam, że od tej drugiej strony wyglądają nawet lepiej niż od przodu.

Gdy wychodziłam ze świątyni było już po 17, co oznaczało, że większość miejsc, które miałam jeszcze zwiedzić jest już zamknięta. Skierowałam się więc do dzielnicy Gion znanej przede wszystkim z obecności gejsz. Poza tym w ten weekend odbywał się tam również pokaz illuminacji z lampionami, ale o tym za kilka dni.

P.s.

Mam nadzieję, że Inari obficie wynagrodzi mi ból łydek z następnego dnia i kolejnym razem w Kioto spędzę pół dnia w sklepie Diora 😛 Z ręką na sercu, ledwo mogłam chodzić…

 

2 Komentarze

  1. Jasia napisał(a):

    Piękna Świątynia
    Co zobaczyłaś to Twoje

  2. marta napisał(a):

    hihi i do góry szłaś pod prąd:))) ach te nawyki:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *